wtorek, 17 września 2013

Pokonać raka cz.1

Rak, choroba ta jest od 2005 r. najczęstszą przyczyną śmierci, wyprzedzając na tym mrocznym polu choroby serca.

Komórka raka szyjki macicy pod mikroskopem elektronowym
W samych Stanach Zjednoczonych ofiarą raka pada rocznie pół miliona osób i liczba ta nieustannie rośnie, natomiast w Polsce około 380 tyś. Medycyna przeciwko chorobom nowotworowym wystawia swe najsilniejsze argumenty: chemioterapię, radiację i umiejętności chirurgów wycinających chorą tkankę.

Jest to jednak oficjalna medycyna – ta wykładana na sławnych akademiach medycznych. Wśród jej absolwentów są jednak i tacy, którzy szukają alternatywnego podejścia w walce z tą śmiercionośną chorobą i do takich należy dr John Apsley.

Dr Apsley przez wiele lat badał budowę komórkową człowieka i starał się zrozumieć proces jaki stoi za jej regeneracją. Opracował unikalną technikę elektrycznej akupunktury a od kilku lat pracuje nad nieinwazyjną metodą leczenia chorób nowotworowych. Według Apsleya choroba nowotworowa ma swój początek w momencie, kiedy komórki naszego ciała wchodzą w niski stan energetyczny, co jest początkiem rozległego stanu zapalnego.

Niektórzy lekarze aplikują swoim pacjentom naturalne hormony tarczycy i w niemalże magiczny sposób stan zapalny organizmu zaczyna znikać. Hormon tarczycy – który nie jest lekiem syntetycznym a środkiem naturalnym, ma zdolność odwrócenia niskiego stanu energetycznego komórki i przywrócenie jej właściwego poziomu. Problem jednak leży w diagnostyce, bo niezwykle łatwo jest pomylić się w ocenie funkcjonowania tarczycy.

Niewiele zmieniło się w tej materii od 1941 r. kiedy to w „New England Journal of Medicine” opisano sposób na jej badanie. Pacjenta zamykano w specjalnej komorze i przez 6 godzin mierzono ile zużył tlenu, ile wyprodukował CO2 i jaka przez ten czas była temperatura jego ciała. Ustalano wtedy wielkość odczytu określając różnicę pomiędzy tzw. wysokim normalnym odczytem a niskim normalnym odczytem. Na podstawie tej różnicy lekarz określał jakie jest działanie tarczycy.

Nie było to zadaniem łatwym bo widełki w odczycie czasami miały 140% różnicy, co ze statystycznego punktu widzenia daję dużą szansę na popełnienie pomyłki w ocenie.

Inne podejście do tego pomiaru znalazł amerykański endokrynolog Broda Barnes. Mierzył on temperaturę pacjenta każdego ranka, gdy tylko ten się obudził. Dzięki temu określił właściwą temperaturę ciała, przy której tarczyca działa bez zarzutu. Tu również występuje różnica, lecz sięga ona co najwyżej… 14% pomiędzy normalnym niskim i normalnym wysokim odczytem.

Dr. Broda Barnes (1906-1988)
Tak wiec metoda Barnesa jest nie tylko skuteczniejsza, ale także niezwykle tania. Do przeprowadzenia takich badań niepotrzebny jest… doktor (już sam ten fakt czyni ją ogromnie podejrzaną…) i można to robić samemu. Jeśli porządny, cyfrowy termometr, (który przed każdym pomiarem trzeba zresetować 2-3) wskazuje 36,2º +/- 0,1º C – tarczyca jest w najlepszym porządku. Temperatura niższa wskazuje na budujący się stan zapalny i zwiększenie we krwi c-reaktywnych protein, które wskazują na chorobę serca lub tworzenie się komórek rakowych. Kiedy temperatura jest wyższa od podanej – mamy do czynienia ze stanem podgorączkowym co samo przez się wskazuje na chorobę.

Tak więc u podstaw wszelkich poważnych przypadłości chorobowych leży praca hormonu tarczycy. Sam stan zapalny organizmu jest zjawiskiem jak najbardziej pożądanym, bo dzięki niemu białe ciałka krwi niszczą komórki rakowe i infekcje. Hormon tarczycy doskonale nadaje się do tego, aby z balansować stan energetyczny komórki. Ona sama – według doktora Apsleya ma charakter koloidalny co znaczy, że jest jak żelka w której zatopione są partycje, ale oficjalna medycyna ma problem z takim patrzeniem na komórkę.

Wyobraźmy sobie komórkę w tym rozumieniu jako owocową galaretkę z zanurzonymi w niej kawałkami owoców. Te owoce symbolizują partycje powiązane ze sobą tą galaretką. Jeśli jej powierzchnia zaczyna drgać, to drganie to przenosi się do partycji, które również zaczynają drgać i według doktora Apsleya jest to kwintesencja życia. Wysoki stan energetyczny takiej komórki poprzez swoje intensywne drganie sprawia, że jesteśmy zdrowi i zadowoleni z życia. Rak, który jest efektem mutacji takiej komórki zakłóca to drganie i osłabiając ją.

Mamy do czynienia ze 100 000 mutacji, które zachodzą każdego dnia, w każdej z naszych komórek z osobna. W wieku 25 lat, kiedy organizm jest u szczytu swoich możliwości i jest silny i zdrowy – z łatwością reperuje te mutacje.
Jeśli więc pomnożyć te 100 000 przez 7 500 000 000 000 000 000 (bo tyle średnio komórek składa się na ludzkie ciało) widzimy niezwykłe zdolności samo-naprawcze ludzkiego ciała, które potrafi włączyć coś na kształt programu antywirusowego, reperującego wszelkie uszkodzenia i problemy.

Czyż celem medycyny nie powinno być znalezienie klucza do tego programu??? Poznanie zasad na jakich nasz organizm sam siebie naprawia pozwoliłoby stymulować go tak, by szybko sam zdławił najcięższą chorobę, bez potrzeby używania super-drogich urządzeń w kosmicznie wyposażonych szpitalach???
Chyba sam sobie odpowiedziałem na to pytanie i może dlatego zrozumienie tego zjawiska nie jest przedmiotem studiów na Akademiach Medycznych.

Jednym z pionierów takiego nieortodoksyjnego podejścia do chorób nowotworowych był Max Gerson, urodzony w Wągrowcu pod Poznaniem niemiecki Żyd, który uciekając przed Hitlerem wyemigrował do Ameryki. Gerson opracował oryginalną nieinwazyjną metodę leczenia raka. Oparta była ona na piciu olbrzymich ilości świeżo wyciśniętego owocowo-warzywnego soku i na lewatywach z kawy.

Dr. Max Gerson (1881-1959)
Terapia ta byłaby na równi anegdotyczna z tą, jaką aplikował dr Grünstein w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” (lewatywa i mokre prześcieradła), gdyby nie fakt, że okazała się ona nad wyraz skuteczna. Doktorowi Gersonowi udało się wyleczyć tych chorych, którzy byli w ostatnim, śmiertelnym stadium raka!

Jego metoda wzbudziła więc zrozumiałe zainteresowanie i w 1947 r. zaproszono go do amerykańskiego Kongresu, który miał właśnie przyznać olbrzymią dotację na nowe techniki leczenia chorób nowotworowych. Dr Gerson zabrał ze sobą do Waszyngtonu jednego ze swoich byłych, śmiertelnie chorych pacjentów, który był kompletnie wolny od raka i stanowił oczywisty dowód na potwierdzenie skuteczności nowej metody.

Kongresmani byli zachwyceni prezentacją Gersona i przyznanie funduszy na te badania wyznaczono na następny dzień. Jednak zanim ten nastąpił do pracy przystąpili lobbyści. Następnego dnia członkowie Kongresu nieoczekiwanie zagłosowali przeciwko finansowaniu terapii doktora Gersona i postanowiono leczyć nowotwory tak jak to się robi teraz: chemią, radiacją i lancetem.

To co najbardziej przeraziło świat medyczny w metodzie doktora Gersona był fakt, że aby skutecznie leczyć ludzi z najcięższych chorób nowotworowych wcale nie potrzeba skomplikowanej aparatury, atomowych tomografów, sal operacyjnych jak z filmów science fiction a co najgorsze, wcale nie trzeba do tego… lekarzy, bo każdy przy zdrowych zmysłach może zacząć leczyć się sam lub wynająć do tego medycznego technika.

I to jest główny powód dlaczego każda alternatywna terapia, każde nieortodoksyjne podejście do tematu zdrowia jest natychmiast określane jako niebezpieczne praktyki znachorskie, które należy tępić z całą surowością prawa a prawo do leczenie przydzielić wąskiej kaście ludzi niekoniecznie zainteresowanych w wyleczeniu chorego.

Zdrowia życzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz